schadzki- przeprowadzki

Najukochańsza osoba, ktoś dla kogo spokojnie oddałbyś życie…tak bardzo cierpi. Zaczęło się od jakiś durnowatych przepychanek, małych złośliwości i niezadowolonej miny ze strony macochy mojego Michała. Skończyło się na zabieraniu rzeczy o godzinie 22 i wracaniu z podkulonym ogonem do moich rodziców.
Urządziliśmy sobie przytulny kącik, wszystko było kupione, nawet rzeczy które w sumie teraz, w naszej sytuacji, kiedy Maja jest tak bardzo daleko od nas są nam zbyteczne. Kuchnia była nasza, wymarzona, trochę przekombinowana ale nowoczesna. Wzięta na raty bo byliśmy święcie przekonani że będziemy mieszkać „na dobrej”. Dobra wcale nie była taka dobra jak się okazało.
Wprowadziliśmy się tam 1 maja. 8 maja zaczęłam siać panikę, że nie czuje ruchów. Dopiero 19 urodziłam moja martwą śliczną dziewczynkę, strasznie się kłóciłam z Michałem, wszystko zaczęło się walić po całości, nic nie było takie jak przedtem. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, były tygodnie przez które zamienialiśmy parę zdań. To chore w związku. Któregoś dnia Michał zdecydował się porozmawiać na temat płacenia rachunków. W dużym skrócie: miało być lepiej a było jeszcze 10 razy gorzej.
W końcu mój najważniejszy mężczyzna usłyszał od własnego ojca, że pokrzyżowaliśmy im plany naszą przeprowadzką, że gdyby dziecko było to byłoby inaczej i że ja powinnam wrócić do rodziców. A do wiosny sobie coś  odłożymy to będziemy mogli sobie wynająć jakieś mieszkanie. Jednym słowem wywalono nas na kopach. Mój mężczyzna podjął decyzje, że jeśli Ja to i On. I w ten sposób jesteśmy znów u moich rodziców.
Wiem, że jego to bardzo boli, że znowu musiał wybierać. Że kiedyś musiał między matką a ojcem, a dziś między ojcem a mną. Myślę, że nawet nie wie ile dla mnie znaczy to że podjął taką a nie inną decyzję. Pokazał jak wiele dla niego znaczę.
Boli mnie tylko ten argument: „jakby było dziecko…”
Jedno pytanie: czy to jest nasza wina?! i szczerze? nikomu tego nigdy nie życzyłam, ale oni są pierwszymi osobami które mam na liście „dostań kopa w dupę od życia”, bo szczerze? gówno wiedzą o tym co my czujemy i ile byśmy oddali za to żeby było inaczej. I ośmielają się mówić coś takiego?! Trzeba być zwykłym skurwielem…inaczej nie potrafię tego nazwać.
Może gdyby przeżyli to samo to wreszcie liczyliby się z uczuciami innych osób bo jak na razie to tylko beztrosko żyjące dzieciaczki, które dostały od życia wszystko.

uf uf uf czyli jak stłumić coś krzyczącego z głębi Ciebie

Każda osoba ma tak, że gdy przychodzi kryzysowy moment najchętniej stanęłaby na środku ulicy i zaczęła się drzeć w niebo głosy. I to może być zbita szklanka, rozsypana sól czy kolejne brudne skarpetki partnera o które się potykasz wchodząc do sypialni. Takie nic a Ty nagle myślisz, że świat się zawalił. No właśnie…już chyba wiecie o co chodzi. Nic przyjemnego dla kogoś kto z Tobą żyje a dla Ciebie jeszcze bardziej. Dlaczego? bo gdzieś znajdujesz upust…niestety najczęściej jest to ktoś kogo mamy pod ręką. Kilka niemiłych słów i parę krzyków a może komuś zrobić gigantyczną dziurę w sercu. Nic nie poradzisz na to że są słowa które ranią. Na to nie, ale już wiem, że można ugryźć się czasem w język a emocje wyładować na czymś innym, choćby na własnym ciele. Nie…nie mówię o jakiś zagrywkach masochistycznych, po prostu zaczęłam ćwiczyć. Razem z potem wychodzi złość na Cały otaczający Cię świat. Lepsze niż alko i fajki razem wzięte. Do czego dążę? do tego, że ostatnio zaczęło się sypać, bardzo, bardzo sypać. Wszystko po kolei. Kończą się pieniądze, kłócisz się z partnerem o każdą kolejną pierdołe, a nawet w łóżku nie możesz się wyżyć bo seksu nie ma albo jest mega słaby a on ma dosyć więc wychodzi. Coraz bardziej jest źle… i czujesz jakbyś niepotrzebnie wszystko przeżywała. Stajesz się obojętna. Ale halo! Dlaczego płaczę? Chyba mi zależy, więc zaczynasz próbować naprawiać. No i jest taka huśtawka, wypominanie sobie wszystkich błędów, kłótnia za kłótnia. W końcu mówicie sobie DOŚĆ. Naprawmy to wszystko. Heh…myślicie pewnie, że jest tak hop siup i naprawione. Ty nadal masz w sobie złość, tyle gniewu na cały świat ale tłumisz to bo wiesz że wywołasz kolejną kłótnie bo się „czepniesz o byle co”. Żaden związek w którym istnieje miłość nie jet wart tego żeby poświęcać wasze nerwy więc warto znaleźć sobie coś w czym się dobrze czujecie, co pozwala zapomnieć, wyżyć się, wyładować. Ważne jest znalezienie tego złotego środka który da ład i harmonie w tym okropnym świecie. Bo świat nie jest dobry. Życie jest piękne, świat jest paskudny. I na pewno nie raz jeszcze dostane od niego po dupie. Wy też. Ale trzeba się wziąć w garść! Popłakać ale nie mówić „mam dosyć, poddaje się” bo dopóki żyjesz to znaczy, że masz siłę żeby walczyć. A przecież każde z nas chce żyć, taki mamy program: „ktoś cię rodzi, ty żyjesz, masz wnieść coś dobrego, rodzisz kogoś innego, umierasz” tarara takie proste się wydaje…gówno prawda. Serio. Nic nie jest proste. Czasem dla mnie nie jest prosto wstać z łóżka i zmierzyć się tym co dziś mnie spotka ale mówię sobie „dam rade” bo jestem najsilniejsza. Gdyby ktokolwiek z was czytających ten wpis zwątpił czy warto walczyć. Popatrzcie na mnie. Ja mówię, że warto :)

odpoczynek od codzienności

Dawno się nie odzywałam, braki w sprzęcie na którym można spokojnie poukładać myśli. Dzień w dzień jest dobrze, nie myślę o tym co się wydarzyło złego, nikogo się nie obwiniam, bo to nic nie zmieni, ale przychodzi taki czas kiedy widzisz szczęśliwe mamy ze swoim dzieciątkiem w wózku i myślisz: „kurcze, czemu mojej Mai nie ma teraz przy mnie, jak po czterech tygodniach wyglądałaby moja Mała Księżniczka?”. Łzy płyną i tego nie da się sobie przetłumaczyć. Boli tak samo, czasem się mniej myśli i masz wrażenie że boli mniej, ale w sercu jest ta tęsknota i ona nigdy nie mija. I przychodzi godzina gdy myślisz: chce stąd uciec, wyjechać,  zabierzcie mnie stąd bo inaczej oszaleje…BACH! znajomy dźwięk w telefonie…sms? tak…sms. Od mamy Michała. Wiadomość: Jedziemy na mazury? I ta pierwsza myśl „ktoś Cię próbuje stąd wyrwać, wyrwać od spojrzeń ludzi którzy przed chwilą widzieli Cię szczęśliwą, szczęśliwą kobietę która w swoim łonie nosi Córkę z której jest tak bardzo dumna a teraz nie ma przy niej żadnego maleństwa”. Nie chcesz sobie nawet wyobrażać co o Tobie mówią gdy Cię widzą z Michałem, taką uśmiechnięta i nadal szczęśliwą. Takim sposobem znaleźliśmy się na mazurach, w domku pod Mikołajkami, na wsi. Jeden dom na 1 kilometr i jest dobrze. Biorę laptopa, koc, papierosa i trochę wina. Patrzę na niebo, witam się z tym moim malusim Aniołkiem i pojawia się uśmiech, mała chwilka dla nas. Przed oczami widzę jej śliczne usta i nosek, malutkie rączki i dziesięć palców. Jest tak dobrze i błogo. Wiem, że nie mogę jej przytulić ale jest blisko, czuje taką dziwną obecność. Dziękuję teraz za każdy dzień, mimo że nie możemy tych dni spędzić z nią.
Jedna rada. Kiedy nie wiecie co myśleć, którą drogą w życiu się kierować, kiedy nerwy zaczynają puszczać i wydaje wam się, że nie macie siły dajcie sobie trochę czasu z dala od ludzi. Dajcie sobie odpocząć, bez spinania się co ktoś pomyśli, jak zareaguje. Zajmijcie się uporaniem z samym sobą. To dobre od czasu do czasu spojrzeć na siebie egoistycznym okiem.  Pomaga. Nikt Wam nie pomoże tak jak wy samym sobie. Możecie mi wierzyć.

Ludzcy ludzie, bo prawdziwie potrafią kochać

Prawdę mówiąc wokół nas kręciło się mnóstwo ludzi, zawsze było z kim pogadać, wyżalić się, napić czy „wyjść na szluga”, telefony dzień w dzień dzwoniły i przyjmowały smsy. Zaszłam w ciążę i wiele się zmieniło. Musieliśmy dojrzeć w kilka miesięcy do bycia Mamą i Tatą. I skończyły się niektóre znajomości, bo co można robić z kimś kto nawet nie wypije z Tobą piwa, nie pójdzie do klubu czy nie wyjdzie na papierosa. Tacy ludzie którzy zapewniali tylko rozrywkę w naszym życiu szybko się wykruszyli podczas tych kilku miesięcy. A teraz jeszcze bardziej. Więc jakkolwiek źle to by nie brzmiało to w całej sytuacji są plusy, uwierzcie. Teraz wiem kto nam zawsze pomoże, niezależnie od pory dnia, dnia tygodnia, czy humoru. Po prostu są osoby które pędzą na złamanie karku gdy tylko usłyszą że ich potrzebujemy. Bardzo to doceniamy. Bezinteresownie. Po prostu są.

Wczoraj do szpitala trafiła jakaś Babcia z demencją starczą, przychodzą do niej dwie córki. Babcia bez środków uspokajających nie śpi, krzyczy, wyrywa kroplówki więc trzeba mieć do niej mnóstwo cierpliwości. Ale patrzę na te córki a one cały czas gdy przy niej siedzą utrzymują uśmiech na twarzy, nie powiedzą do niej inaczej niż „Mamusiu”, wykazują ogrom cierpliwości. To chyba właśnie o to chodzi, żeby tak wychować drugiego człowieka, otoczyć go taką miłością, żeby nawet w tych najgorszych chwilach potrafił ta miłość odwzajemnić.

Ostatnio przyjaciółka stwierdziła, ze zachowuje się tak jak w tych filmach gdy kogoś postrzelą a on biegnie dalej….Wiecie? tak właśnie trzeba postępować, życie jest cholernie trudne. To tak jakby być z kimś kogo się kocha a jednocześnie boi. Jeśli się przełamie ten strach to będzie się najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie raz jeszcze każde z Was dostanie po tyłku, będziecie płakać, przeklinać i mówić o tym jak bardzo cierpicie, ale potem przyjdzie dzień w którym powiedzie sobie: kurcze, jeszcze mam tyle do zrobienia i chcę to zrobić, dam radę, nie dam się, nie poddam. I to będzie najpiękniejszy dzień w waszym życiu :)

to nic złego, że żyjemy

Długo zastanawiałam się czy to dobry pomysł, żeby napisać o tym co tak na prawdę tkwi w głowie kobiety po kilku tygodniach od straty dziecka, wiem że znajdą się osoby które potępią moje myślenie i całkowicie inaczej postępowały w mojej sytuacji, ale…

W całym tym syfie są na prawdę coraz częściej dobre dni, mamy mnóstwo planów na przyszłość, chcemy się bawić i korzystać z życia. Nie mówię, że nie boli, że już nic nie czuję, ale mam 21 lat i Michała który kocha bez granic. Pomyślcie jakie szczęście, że żyjecie. Ona nie, ale My tak. My mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia. To, że pójdziemy potańczyć, że chce iść na studia, że nasze oczy i buzia dzień w dzień cieszą się na swój widok- TO ZUPEŁNIE NIC ZŁEGO. Jesteśmy tu, kochamy życie i doceniamy je 2242345346 razy bardziej niż przed ciążą. Tak jesteśmy szczęśliwi bo mamy siebie.
Moja przyjaciółka za rok ma przysięgać przed Bogiem miłość, wierność i uczciwość małżeńską bla bla bla drugiej osobie i ostatnio zadzwoniła do mnie mówiąc, że chyba żałuje, że to ślub w kościele bo ona chyba przestała wierzyć. Kiedy zapytałam: czemu? Odpowiedziała że przecież gdyby Bóg istniał to nie dałby nam tak cierpieć, że dlaczego najpierw dał nam się cieszyć z Majki a potem ją sobie zabrał.
Uprzedzam, ze nie jestem fanatykiem religijnym a w kościele bywam może 3 razy w roku na ślubach i w Wielkanoc, ale zaczęłam tłumaczyć że gdyby nie istniał Bóg to nawet nie zaszłabym w ciążę i nigdy nie mogłabym się nazwać mamą, jeśli by nie istniał to Michałowi byłoby ciężej bo nie mogłabym teraz z nim być, bo zmarłabym przy porodzie przez ten ropień. Jeżeli by nie istniał to byłoby mi milion razy ciężej bo nie wiedziałabym gdzie teraz jest moja Córka. A wierzę że jest tam gdzie ma najlepiej na świecie, ma te piękne skrzydełka, że dba o nas, jest szczęśliwa i uśmiechnięta a Ja kiedyś się z nią zobaczę. Gdyby Bóg nie istniał to Ja nigdy nie zeszłabym się z Michałem i nie doświadczyłabym tyle szczęścia przy jednej osobie, moja twarz nie śmiałaby się mimo wszystko. Nie wiem kto to jest, kto kieruje naszym życiem, ale coś musi w tym być, że nadal jesteśmy radośni, mimo tych wszystkich przeciwności. I możecie sobie myśleć co chcecie, ale wiara że jest coś po życiu i że ktoś gdzieś jest to bardzo pomaga uporządkować myśli.
Planujemy wyjazd z Michałem-Turcja, Grecja, Hiszpania…nie ważne, gdzieś gdzie nasze oczy odpoczną od morderczych spojrzeń sąsiadów kiedy któreś z nas się śmieje a teraz powinno siedzieć w kącie i płakać. Tam będziemy mogli skupić się tylko na sobie, chcemy wypić, zapalić, potańczyć, popływać, uprawiać namiętny seks wieczorem na ciepłym piasku chcemy zacząć żyć. To nic złego.

sen

Rzadko śni mi się moja Mała, ale jeśli to robi to nigdy nie występuje w koszmarach. Dziś widziałam ją uśmiechniętą, jej buzia aż promieniała. W śnie wiedziałam, że nie żyje ale czułam się tak jakby ktoś podarował nam ją żyjącą na chwilę żebyśmy mogli się nacieszyć tym że jest przy nas.
Robiliśmy mnóstwo zdjęć i pamiątek, żeby uwiecznić chwile kiedy ona macha rączką, nóżką, kiedy jej usteczka się cieszą. W jej oczach widziałam takie szczęście kiedy ją przytulałam. Nie mogłam się od niej oderwać, każdy był zachwycony jej wyglądem, wszyscy powtarzali jaka jest piękna. Tylko my z Michałem wiedzieliśmy, że to na chwilę, że musimy z tej chwili wyciągnąć tyle ile się da bo to się nie powtórzy, że ona i tak będzie musiała odejść i więcej jej nie zobaczymy. Ale ta chwila kiedy chociażby we śnie mogę popatrzeć jak moje dziecko mruga oczami, jak śmieje się na mój widok jest tak cenna, że warta każdych pieniędzy.

jest trochę lepiej

Nikomu po stracie dziecka nie będę wmawiać, że któregoś dnia będzie mniej bolało. Boli cały czas tak samo tylko w większych odstępach czasowych. Najpierw bolało non stop, każda łza która się wydobywała z oczu wywoływała ból całego ciała. To tak jakby każda komórka Twojego ciała wołała o pomoc. Ta bezsilność którą czujesz rozrywa Ci serce na małe kawałki. Jedyne co Cię trzyma to to, że tłumaczysz sobie każdego dnia, że masz po co żyć, masz dla kogo. Nie jesteś sama, nie zostałaś sama z tym wszystkim. Jest ktoś kto Cię potrzebuje.

Od dwóch tygodni jestem w szpitalu, trafiłam tu z ogromnym bólem brzucha. Odezwał się mój ropień. W ostatniej chwili trafiłam do szpitala, dzięki mamie Michała. Lekarze byli zdziwieni, że to nie pękło. Wszystko jest drenowane i mam nadzieje, że wkrótce wrócę do naszego domu, bo jest lepiej.
Odkąd Maja się urodziła nasz dom był zalany płaczem, Michał też bardzo płakał głównie wieczorami gdy już wszystko odpuszczało i nie musiał przed nikim udawać. Tak zasypiał… z tymi łzami w oczach. Tęskniliśmy, nadal tęsknimy i chyba już zawsze tak będzie, ale dużo mi pomagało myślenie, ze chce mieć jeszcze dzieci, że to nie jest koniec, że nie możemy się poddać, że ona by tego nie chciała. Michał na początku unikał tematu rodzeństwa dla naszej Perły, choć oczekiwałam że po prostu przytaknie na moje zdanie. Nic więcej nie oczekiwałam, ale widziałam w jego oczach strach, że drugi raz nie dałby sobie rady z tym samym.
Coś się zmieniło, kiedy trafiłam do szpitala, miałam wrażenie, że wszystko inne przestało się liczyć, jakby odstawił swoje cierpienie i tęsknotę za naszą córcia gdzieś na drugi tor. Widziałam strach w jego oczach kiedy lekarze powiedzieli, żebym dziękowała, ze ropień nie rozlał się do otrzewnej podczas porodu. Zrozumieliśmy, że gdyby tak się stało byłabym teraz z moją córeczką a nie tu. Do niego to wszytko chyba najbardziej dotarło- mi było wszystko jedno. Któregoś dnia usiadł i złapał mnie za rękę, zaczął mówić o tym jak bardzo tęskni za naszą córką, ale już nie jest mu przykro kiedy o niej myśli, że tylko się uśmiecha gdy sobie ją przypomni. Mówił wtedy coś o rodzeństwie dla naszej córki, że musimy być silni, ze razem damy radę. Że musimy zawalczyć teraz o moje zdrowie. Powiedział też, że nie wytrzymałby gdyby jeszcze stracił teraz mnie, że to byłby dla niego koniec. To wszystko co do mnie mówił było tak szczere, że nie wiedziałam co odpowiedzieć. Byłam dumna, że mam kogoś tak mądrego przy sobie, że ta osoba wybrała właśnie mnie. Bardzo mi pomagał, cały czas był przy mnie, pomagał się myć, chodzić, nawet w toalecie siedzieliśmy razem. Nigdy nie pomyślałam, że będę miała kogoś komu powierzę własne życie i to bez najmniejszych wątpliwości.

komplikacje

Na początku ciąży moja ginekolog stwierdziła, że mam 3,5 centymetrową torbiel na jajniku, ale wiele kobiet ma takie coś bo hormony buzują. Mieliśmy obserwować. w 20 tyg miała już 12 cm, ale jestem po operacjach jelit więc nikt nie chciał tego ruszać, bo kolejne zrosty nie są dla mnie wskazane, więc kazano mi czekać do rozwiązania. W pewnym momencie stwierdziłam, że dobrze będzie dowiedzieć się w jaki sposób mam rodzić, bo moja ginekolog sugerowała cesarskie cięcie. Zawitałam w Instytucie Matki i Dziecka, tam skierowano mnie na rezonans. Wyniki pokazałam mojej ginekolog prowadzącej. Miałam 16 centymetrowego ropnia, pytałam się czy nic nie grozi Małej. Szczerze? w ciąży zupełnie zmienia się myślenie, nawet przez chwile nie pomyślałam o sobie. Ginekolog stwierdziła, że żadnej z nas nic nie grozi i nikt nic z tym nie zrobi-mam czekać do rozwiązania bo to już niedługo. Zaczął się 9 miesiąc.
Razem z Michałem odliczaliśmy dni do porodu, Mała nadal była ruchliwa i sprzedawała mi mega mocne kopniaki. Któregoś dnia byłam bardzo zabiegana, miałam kilka spotkań, zakupy na obiad i sprzątanie w domu więc nie zwracałam uwagi na ruchy. Wieczorem były słabe, przez 2 godziny brzuch się tylko napinał i spadał, zaczęłam panikować. Każdy zaczął uspokajać że już jest duża i że tak może być, a jeśli za kilka godzin nic nie bedę czuła to pojedziemy do lekarza. za 2 godziny dostała czkawki więc się uspokoiłam. Brzuch się napinał i rozluźniał, myślałam ze to ona się wypycha. Nie miałam pojęcia że to skurcze macicy która trenuje przed porodem. Minął tydzień, mało sypiałam, miałam dużo koszmarów więc dla świętego spokoju pojechałam sprawdzić tętno Mai. Nie usłyszałam nic. USG wykazało brak aktywności jej serduszka. Skierowano mnie do szpitala gdzie musieli wywołać poród. Rodziłam naszą córeczkę 9h ze świadomością, że nie zabiorę jej do domu. Bardzo w tym wszystkim trzymał mnie Michał. Był i jest najdzielniejszym facetem jakiego znam.
Moim błędem był na pewno wybór szpitala bo poród oprócz świadomości, że urodze martwe dziecko był okropnie zaniedbany, Lekarka podała mi żel na rozluźnienie szyjki macicy i stwierdziła, że na pewno urodzę następnego dnia więc poszła sobie lulu. ok godz. 0:30 dostałam silnych skurczy, każdy silniejszy od następnego. Więc zabrano mnie na porodówkę gdzie lekarka stwierdziła rozwarcie na 2 palce, kazała mi dać ketonal i wrócić do łóżka. Za 15 minut skurcz za skurczem i nareszcie bóle parte. Dotknęłam krocza a główka mojej Perełki była już na zewnątrz, MIchał zaczął odbierać poród. Nigdy nie widziałam w nim tyle strachu, ale i pewności siebie. Nikogo nie było, żadnej położnej, pielęgniarki ani lekarki. Gdy już łaskawie przyszła zadecydowała, ze muszę PRZEJŚĆ na sale porodową, z główką w nogach. Potem oburzona dodała: „przecież 15 minut temu sprawdzałam i było rozwarcie na 2 palce, powinna urodzić rano”. No przykro mi bardzo, ze nie dałam się wyspać Pani Doktor. Nie wspomne o tym jak bardzo jestem poharatana po łyżeczkowaniu, bo przy porodzie nawet nie pękłam ani nie trzeba było nacinać a jestem cała w szwach. Do tego nie wpuścili na sale mojego partnera. Jedynym plusem jaki był to pomoc mojej przyjaciółki przy silnych skurczach. Uwierzcie jeśli macie silny skurcz a ktoś z boku mówi że jęczysz jak w najlepszym pornosie to jest w stanie poprawić humor, nawet w takiej sytuacji. Michał z Magdą masowali mnie na zmiane przez 8,9 godzin, bo najbardziej bolał kręgosłup.
Wróciłam do pokoju. Czekaliśmy, aż zobaczymy nasze dziecko. Położna położyła ją przy mnie. Pamiętam, że nie chciało mi się płakać, czekałam na cud. Przez cały poród miałam nadzieje, że coś się wydarzy. Przecież cuda się zdarzają. Pamiętam, że Michał bardzo płakał i wiele razy prosił żeby się obudziła. Ja tylko całowałam ją i przytulałam. Wiedziałam, że to pierwszy i ostatni raz kiedy patrzę na swoją Córcie. Gdy położna nam ją zabrała to czułam się jakby każdy organ we mnie krzyczał, bolało mnie całe ciało. Każda komórka chciała mieć przy sobie Maje. Było we mnie mnóstwo poczucia winy, żalu, tęsknoty. Nie chciałam tego pokazywać bo widziałam jak bardzo boli to mojego partnera. Zasnęliśmy zmęczeni całą sytuacją. Nad ranem obudziłam się w mokrej na piersiach koszuli i wtedy nie wytrzymałam. Patrzyłam jak Michał śpi ale płakałam, łzy leciały same, zaczęłam wyobrażać sobie, że teraz w tym momencie to moje maleństwo powinno ściągać pokarm, że to wszystko nie tak. Nie wytrzymałam i pękłam. To był pierwszy raz kiedy płakałam po tym jak Ją zobaczyłam. Potem było to częściej. Potrafiliśmy płakać razem, ale zawsze trzymało nas przy sobie mówienie o tym co czujemy, co nas boli i jak bardzo. Nie wiem czy ktoś kto nie przeżył tego co my jest w stanie wyobrazić sobie co czuje się w takiej sytuacji.
Wiem, ze bez niego nie dałabym rady. Ani przez chwile mnie nie opuścił, nie zostawił, cały czas daje nadzieje na lepsze jutro.

mnóstwo szczęścia

Gdy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami byłam już w 7 tygodniu ciąży. Nasza Perła rozwijała się jak w podręczniku o przebiegu ciąży. Ręce, nóżki, oczka, wszystko co widzieliśmy na USG wywoływało tyle radości. Nigdy nie myślałam, że takie drobne rzeczy mogą kogoś tak poruszyć. Z dnia na dzień uświadamiałam sobie co to znaczy odpowiedzialność za czyjeś życie. Nigdy nie myśleliśmy, że można zakochać się w kimś kogo się jeszcze nie widziało. W 21 tygodniu ciąży z niecierpliwością czekaliśmy na określenie płci na USG 3D. Dziewczynka! Będziemy mieli córeczkę! Od razu wiedzieliśmy, że będzie miała na imię Maja. Imię dla dziewczynki mieliśmy określone już przed ciążą. Z imionami dla chłopca był mały problem więc cieszyliśmy się podwójnie. Nasza Księżniczka średnio co tydzień otrzymywała mnóstwo prezentów które czekały na jej przyjście. Z miesiąca na miesiąc kopniaki stawały się coraz silniejsze, a ona była tak bardzo ruchliwa. Często śmialiśmy się, że będzie jak Tatuś. Nie usiedzi na jednym miejscu dłużej niż 5 minut. Kopała, wierciła się non stop. 10 minut przerwy w ruchach było wielkim wydarzeniem. Miałam wrażenie, że nigdy nie śpi  :twisted: